r e k l a m a

Szybkie życie kabaretu

27-11-2008, ostatnia aktualizacja 04-12-2008 22:08

O ładnym obrazie Polski, spoczywaniu na laurach oraz nowych DVD i CD opowiada nam lider Kabaretu Moralnego Niepokoju. Z Robertem Górskim rozmawia Katarzyna Czarnecka.

źródło: materiały prasowe

Kabaret Moralnego Niepokoju jest na szczycie. Co widać z góry?

Robert Górski: To, że Polska się zmienia. Kiedyś graliśmy w domach kultury w dosyć podłych warunkach. Teraz to nowoczesne obiekty. Ale przede wszystkim spotykamy masę ludzi, którym chce się coś robić. Zapraszają nas do mniejszych miejscowości, gdzie jesteśmy wydarzeniem. Jest masa młodych, pełnych zapału do robienia kabaretu, ale też w ogóle do działania. Z objazdu po Polsce wyłania się więc ładny obraz. Zresztą ze sceny widzimy ludzi, którzy się ciągle uśmiechają.

Ale czy to nie skrzywia nieco sposobu postrzegania Polaków?

Oczywiście wiemy, że przychodzą na nasze wieczory, żeby się bawić. Ale mam wrażenie, że kiedyś byli bardziej spięci. Może teraz im się lepiej powodzi... Myślę, że ogólnie społeczeństwo jest bardziej zadowolone, trochę mniej zaściankowe, swobodniejsze. Coraz mniej jest pijanych czy agresywnych osób.

Zdarza wam się, że ludzie podczas programu się nie śmieją?

Oczywiście. Nie wtedy, kiedy ktoś kupuje bilet specjalnie na nas, bo wie, czego się spodziewać. Ale, kiedy gramy na jakichś eventach, jedni się bawią, drudzy niekoniecznie. Czasem wraz ze stanowiskiem traci się poczucie humoru.

Macie model widza idealnego?

Jest to bezpruderyjna młoda blondynka.

A poważnie?

Nasi równolatkowie są fajną widownią, bo możemy się komunikować z nimi językiem, który znają, wspominać wspólne przygody z dzieciństwa itd. Do studentów niekoniecznie trafiamy. Ich bawią dowcipy o komputerach i Internecie. A dla nas te sprawy nie są inspiracją.

W PRL kabaret był narzędziem sprzeciwu wobec określonego wspólnego wroga. Jak jest teraz?

Teraz służy przede wszystkim rozrywce. Ale my staramy się, żeby i bawił, i uczył. Poza tym nadal jest formą osobistego sprzeciwu, wyrażania niezadowolenia wobec czegoś, wyładowania frustracji. A co do PRL, to w naszych skeczach pojawia się postać byłego pracownika SB, któremu się świetnie powodzi. Myślę więc, że w tamtych czasach tworzylibyśmy bardzo antykomunistyczny kabaret. A teraz – antypostkomunistyczny.

Cenzury już nie ma, ale włącza się wam czasami autocenzura?

Czasami. Ale niekiedy się wyłącza. Bywa, że się coś chlapnie niechcący na scenie. Z bezmyślności, z rozpędu, ze zdenerwowania, że nikt się nie śmieje. Ale potem się tego żałuje. Staramy się ograniczać proste zabiegi do rozśmieszania ludzi, bo to jest nieuczciwe. Przekleństwo albo seksualne skojarzenie – chociaż ludzie się śmieją – to nie jest istota kabaretu. Staramy się tego unikać, bo potem zostaje niesmak. Trzeba mieć wyczucie smaku.

KMN był do pewnego momentu kojarzony z klasą kabaretu literackiego. To się zmieniło.

Rzeczywiście, ale nie do końca mieliśmy na to wpływ. Musieliśmy reagować na to, jak działa w ogóle kultura. W małych salach było ciasno, ale to dawało możliwość kontaktu z każdą osobą na widowni. Zupełnie inaczej się gra w Sali Kongresowej – potrzeba szerokiego gestu. Telewizja też zmienia. Na początku lat 90. inaczej wyglądała prezentacja kabaretu – były transmisje spektakli Piwnicy pod Baranami, laureaci festiwali mogli nagrywać swoje wieczory. My też. Ale kiedy wskoczyła telemetria, okazało się, że te programy nie są oglądane w takim stopniu, jak by telewizja chciała. Konkurencja między stacjami również wymusiła zmianę prezentowania kabaretu. To się przeniosło na scenę. No i pojawiły się pieniądze, niekiedy dosyć duże – to też kształtuje obraz kabaretu.

Napisaliście w swoim manifeście, „brzydkim słowie charakterystyka”, na stronie internetowej, która jest trochę nieaktualna, tak na marginesie...

Tak, trzeba się tym zająć.

...że telewizja gustuje w złym humorze, „preferuje rechot”...

Ja mam wrażenie, że jednak ten humor, który my prezentujemy, trzyma klasę. Nie jest to kompletne dno...

Chodzi mi o to, czy wy w jakiś sposób zmieniliście gust telewizji, czy to, że do niej weszliście, było efektem chęci zmian.

Istniejemy już kilkanaście lat i wyrobiliśmy sobie taką pozycję, że mamy więcej do powiedzenia niż początkujące kabarety. Smutne jest jednak to, że każdy kanał ma swój program kabaretowy i zaprasza do niego wszystko, co ma to słowo w nazwie, często bez selekcji. To trochę też psuje obraz polskiego kabaretu. No i daje prawo starszym grupom mówienia, że po nich już nic ciekawego się nie zrobiło.

A wy jesteście wzorem dla młodych?

Mam wrażenie, że dla niektórych stanowimy punkt odniesienia. Bo dla początkujących jesteśmy starymi dziadami. Ale nie na tyle, żeby nas odrzucali. Wyznaczamy w pewien sposób coś, co się nazywa polskim humorem. Mówi się, że młodzi epatują wulgarnością. Niejednokrotnie tak jest, ale nie można generalizować. Podejrzewam, że w czasach Starszych Panów były kabarety, które epatowały czystymi wygłupami, beznadziejną formą. I pamięć po nich nie przetrwała.

Co bawi KMN?

Jest masa śmiesznych rzeczy wszędzie naokoło, głównie sytuacji, kiedy nie można się dogadać. Ostatnio kupowałem drzwi i dużo czasu zajęła mi rozmowa ze sprzedawcą, polegająca na tłumaczeniu sobie, jaka jest różnica między lewymi i prawymi. Zrobiłem z tego skecz. Jest bardzo popularny.

A co was nudzi?

Polityka jest nudna. Prywatnie jesteśmy bardzo rozpolitykowani. I niejednomyślni – mamy różne wizje kraju i świata, więc się kłóciliśmy. Zaczęło nas to męczyć. Więc teraz rozmawiamy o samochodach. Przyznam, że słowo „kabaret” też już jest dla mnie czasem męczące. Samo jego brzmienie i kształt. Myślicie więc czasem w kategoriach: jeśli nie kabaret, to co?

Kiedyś zastanawialiśmy się, co by było, gdyby nie było kabaretu. Ale robimy go od 15 lat i prawdopodobnie nie czeka nas większa zdobycz i przygoda w życiu. Już nie pchamy tego wózka, tylko leżymy na nim. Dla nas kabaret znaczy bardzo dużo – przede wszystkim spowodował, że zarabiamy jakieś pieniądze, bez których nie da się żyć.

Nie tęsknicie czasami za tymi małymi salkami z początku?

Tak, bo to było bardzo przyjemne. I mamy nadzieję, że kiedyś w Warszawie staniemy się gospodarzami małej, zadymionej scenki. To byłoby wskazane, bo już czasami nam się nie chce jeździć po Polsce. Jest piękna, jednak my coraz starsi. I mamy niemiecki, twardy samochód – nie muszę mówić, co nas od jeżdżenia nim boli.

Trudno nie zauważyć, że Kabaret Moralnego Niepokoju żyje bardzo szybko. Nie macie zadyszki?

Trochę tak. Zamierzamy wycofać się na chwilę, chcemy spocząć na laurach.

Boicie się przesytu sobą?

Ciężko mi się postawić w sytuacji widza. Nie wiem, czy jest przywalony nami, czy cieszy się z każdego kontaktu. Ale trzeba dać ludziom trochę wolnego od siebie. I nam, żeby mieć czas na jakieś refleksje nad tym, gdzie jesteśmy i co byśmy chcieli dalej robić.

Czy miejsce, w którym jesteście, było tym, do którego dążyliście?

Nigdy nie wybiegaliśmy w przyszłość. Nie wiedzieliśmy, do czego dążymy, oprócz tego, że chcemy być coraz lepsi. Po prostu wciąż pojawiały się kolejne projekty. Szanse, które wykorzystaliśmy.

Podczas częściowej nieobecności KMN można pocieszać się nowymi wydawnictwami. Na DVD jest „Historia Świata” i „Tygodnik Moralnego Niepokoju”, na CD „Piosenki”...

Z piosenek najbardziej się cieszę. Długo nad nimi pracowaliśmy. Z przerwami, bo zawsze było coś ważniejszego albo pilniejszego. Więc jak już je nagraliśmy, to postanowiliśmy wydać, nie licząc się z tym, że naszych rzeczy na rynku pojawiło się dużo.

Ta płyta pokazuje poetyckie oblicze KMN.

Tak starą twarz, że już nikt jej nie pamięta. A nasze pierwsze występy to były recytacje wierszy i śpiewanie piosenek. Dopiero później się okazało, że trzeba się nieco skomercjalizować, żeby przetrwać albo dotrzeć do szerszej publiczności. Tą płytą wracamy do źródeł. To sposób na transmisję naszej poetyckiej duszy, powiedzmy.

Macie kolejne marzenie?

Mam nadzieję, że kiedyś zrobimy film.

Śmieszny czy poważny?

Moim wzorem jest Chaplin, który robił i poważne, i śmieszne rzeczy. Ale nie mogę zbyt wiele powiedzieć, bo nie wiem, w którym momencie zaczyna się zapeszanie, a nie chcę tego zapeszyć.

Opowiedzieliście historię Polski, historię świata. Historia czego jeszcze została do opowiedzenia?

Wszechświata. Ale póki co, tam nie odkryto życia. Ciężko robić skecze, w których występują kamienie i próżnia.

A co z przyszłością? Jesteście już dorośli, macie dzieci. Nie marzy wam się KMN juniorów?

Zauważyłem tendencję, że dzieci lekarzy zostają lekarzami, prawników – prawnikami itd. I chciałbym, żeby mój syn był lekarzem. I wnuczek też.

Życie Warszawy