r e k l a m a

Skazany na Stare Miasto

Katarzyna Czarnecka 21-08-2008, ostatnia aktualizacja 28-08-2008 14:46

Lubi, kiedy pada deszcz. Choć traci wtedy pieniądze, zyskuje odpoczynek. Ma kilka par nożyczek i papier. I swój własny murek na Barbakanie. Przychodzi tu prawie codziennie. Od 35 lat.

*Janusz Markiewicz rozpoczął pracę na Barbakanie jesienią 1973 roku. Dwa lata później zrobił mu zdjęcie nasz fotoreporter Jakub Ostałowski. Po 35 latach sfotografował go ponownie
autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
*Janusz Markiewicz rozpoczął pracę na Barbakanie jesienią 1973 roku. Dwa lata później zrobił mu zdjęcie nasz fotoreporter Jakub Ostałowski. Po 35 latach sfotografował go ponownie
*Twórca nadal wycina profile. Jeden kosztuje 50 zł. Chyba że przychodzi czas na „krótkotrwałą promocję“
autor zdjęcia: Ostałowski Jakub
źródło: Fotorzepa
*Twórca nadal wycina profile. Jeden kosztuje 50 zł. Chyba że przychodzi czas na „krótkotrwałą promocję“

Sobotnie popołudnie. Z Freta na Nowomiejską trudno iść szybko, za dużo ludzi. Jak to w weekend, głównie turyści. Niektórzy przystają, żeby przyjrzeć się sprzedawanym we wnęce Barbakanu obrazom, innym podobają się mieszkające tam chwilowo drewniane wielobarwne koty. Jeszcze kilka kroków i kończy się urokliwy dziedziniec. Przechodnie kierują już wzrok na domy Starego Miasta.

Stojącego po prawej stronie przy schodkach Janusza Markiewicza można nie zauważyć. Przed jego murkiem nie krzyczy napisami żadna reklama. Tylko na wysokości kolan stoi czarna tablica. Na niej kilka prac i niebieski niby-szyld z napisem: Artystyczne wycinanie sylwetek. Można go ominąć. Ale my przecież idziemy wolno.

Widzimy więc mężczyznę pochylonego nad murkiem. Pełni on funkcję biurka, a właściwie mikroskopijnej pracowni. W pedantycznym porządku poukładane są tu różnobarwne kartoniki i kawałki papieru. Jest też kilka par nożyczek. Tylko tyle potrzebuje pan Janusz, żeby wykonać profil.

60 lat temu we Wrocławiu

Jeśli chcemy poznać warszawskiego sylwetkarza, musimy na chwilę odwiedzić Wrocław. Jest rok 1948.

– Mam dwa lata – mówi pan Janusz. – Wystawa Ziem Odzyskanych jest o krok od mojego domu. Z wysokości wózka obserwuję zręczne ręce sylwetkarza. Nie wiem, oczywiście, że spotkam go wiele lat później. I że sam już będę sylwetkarzem.

Teraz możemy przeskoczyć 25 lat. – W dniu otrzymania dyplomu Uniwersytetu Wrocławskiego na pedagogice dorosłych wyjeżdżam do Warszawy – wspomina. – Do stolicy gna mnie praca. Praktykuję w „Sztandarze Młodych” (dziesięć lat później skończę dziennikarstwo podyplomowo). Na razie chyba spóźniają mi się z wypłatą, nie pamiętam. Dość, że nie mam pieniędzy. Idę więc na Stare Miasto, żeby sprzedać swoje wycinanki ornamentowe. Wtedy zdarza się – kolejny już – znaczący przypadek.

– Pewien turysta zatrzymuje się przy mnie i mówi, że mając nożyczki i papier, mogę z nich zrobić lepszy użytek – uśmiecha się pan Janusz.Słucha tej rady. I robi temu turyście swoją pierwszą sylwetkę.

Te ważne spotkania

Zapytany o przypadek uśmiecha się tajemniczo i milczy przez chwilę. – Prawie wszystko w moim życiu dzieje się przypadkiem – mówi w końcu. – Czasami troszkę podreżyserowanym, czasami szalonym. Najczęściej traf dotyczy ludzi. I tych zwykłych, i tych zupełnie niezwyczajnych.

– Jest początek lat 90. – snuje opowieść pan Janusz. – Widzę człowieka, którego znam z książki. Jest znacznie starszy, więc chwilę się waham.Mężczyzna fotografuje kwitnącą okazale jabłonkę. – Na razie temu przypadkowi nie pomagam – mówi pan Janusz. – Ale mężczyzna musi przejść koło mnie. Czekam.

Po chwili starszy pan zatrzymuje się przy nim: – Nie wie pan może, co to za drzewo? – Jabłoń – odpowiada pan Janusz. – Ma smak z domieszką pigwy i malinowy posmak. A czy teraz ja mogę panu zadać pytanie? I mówi: – Wydaje mi się, że pan przedtem fotografował innym aparatem... – Tak – odpowiada mężczyzna.

W taki właśnie sposób pan Janusz spotyka Sylwestra Brauna „Krisa”, jednego z niewielu fotografów Powstania Warszawskiego. Na jego zdjęciach wybucha Prudential i płonie kościół Świętego Krzyża.

„Kris” zgadza się na sesję zdjęciową na Starym Mieście. Pan Janusz przypadkiem ma przy sobie aparat. Fotografia to kolejne jego zajęcie. Pracuje w piśmie „Foto”. Udaje mu się też namówić Brauna na rozmowę. – W mieszkaniu na Franciszkańskiej pada wiele mitów dotyczących i fotografa, i wydarzeń z 1944 r. – mówi pan Janusz. – Ale Braun woli, żeby niektóre informacje nie ukazały się w druku. Nie chce weryfikować legend.Pan Janusz z tego, co usłyszał nie robi użytku. Nawet teraz, choć „Kris” nie żyje od 12 lat.

Dyskrecja i cierpliwość to słowa, które dla pana Janusza mają ogromne znaczenie. – Nie zaczepiam ludzi ot tak sobie – mówi. – Mam swoje zasady. Ale zdarza się, że je łamie. – Któregoś dnia dostrzegłem dziewczynę w czerni – wspomina. – Przekonałem ją do pozowania. Kiedy wzięła do ręki gotową pracę, powiedziała mi, że wraca z pogrzebu męża. – Mam nadzieję, że pokazałem jej, że w każdej sytuacji można zachować piękno. I nie mówię tu o pięknie powierzchownym.

Dowiaduje się o ludziach dużo, zanim jeszcze – o ile w ogóle – zaczną z nim rozmawiać. Kiedy spotyka się z kimś jako dziennikarz, operuje słowem. Ale kiedy jest sylwetkarzem, nie potrzebuje wielu rzeczy werbalizować. Nic dziwnego, przecież od 35 lat patrzy na twarze. I zanim zajmie go tylko profil, spogląda czasem przez chwilę na klienta en face. A później, kiedy już wycina, stoi przez kilka minut w odległości 75 – 80 cm od modela. – I tak swoją antenę ustawiłem, że z profilu widzę więcej, niż inni z przodu – mówi.

Inspirująca samotność

Lubi ludzi i się ich nie boi. Zresztą nieczęsto zdarzają się na Barbakanie nieprzyjemne sytuacje. Bywa zaś, że z nieprzyjemnej robi się ciekawa.

– Kiedyś ktoś rzucił w moją planszę jajkiem – śmieje się pan Janusz. – Nie widziałem go dokładnie, ale momentalnie znalazł się pan, który stwierdził, że on widział, a że jest szybkobiegaczem, to go zaraz złapie.Po pięciu minutach ochotnik wrócił, ciągnąc jakiegoś chłopaczka. Pan Janusz oświadczył: – Zgrzeszyłeś przeciwko nożyczkom. Czy zgadzasz się ponieść karę od nożyczek?

Młodzieniec powiedział „tak”. I po chwili miał wyciętą we włosach „wszawą uliczkę”. Mówi się na Starówce, że chodził później od fryzjera do fryzjera, ale nikt go nie chciał ostrzyc. Wszyscy uznali, że widocznie na tę ekstrawagancką fryzurę zasłużył.

– A po latach okazało się, że to nie on rzucał jajkiem – puentuje pan Janusz. – Dał się złapać za kolegę, który miał konflikt z prawem i mógł mieć z powodu tego jajka poważniejsze kłopoty. I dodał, że ta historia im obu dała do myślenia.

Pan Janusz staje się więc czasem przypadkiem wychowawcą młodzieży. Ale tylko tak zwyczajnie, po ludzku. Jako sylwetkarz nie ma uczniów. – Pomyślałem nawet, że powinienem wychować następcę – mówi. – Zrobiłem coś w rodzaju castingu dla młodzieży. Ale po kilku próbach oceniłem, że najzdolniejszemu z grupy opanowanie tej sztuki zajmie około 100 lat. A tyle czasu nie mam.

Na Stare Miasto przychodzi więc wciąż sam, prawie codziennie. Na pytanie, czy to szczęśliwe miejsce, odpowiada żartobliwie: – Ono jest dla mnie surowym wyrokiem. A przecież po 3o latach mogłem się starać o zwolnienie warunkowe.

I już poważnie przyznaje, że rzadko go nie ma na Barbakanie. Wtedy, gdy spotyka się z profesorami „belwederskimi”. (Przygotowuje ich poczet – ma już ponad 300 sylwetek). Albo kiedy jakaś gazeta prosi go o artykuł. Albo gdy płynie kajakiem robić zdjęcia wydrom.

No i wtedy, kiedy pada deszcz. Dzięki niemu odpoczywa. Poza tymi wyjątkami pracuje na swoim murku i je na nim pierogi przyniesione przez kelnerkę z pobliskiej knajpki. Ze wszystkich dorywczych prac nie ma za dużo pieniędzy.

– Karierę finansową zostawiam do zrobienia swoim dzieciom – śmieje się. Nie przewiduje w życiu większych zmian. No, chyba że znów zdarzy się jakiś przypadek.

*krótka historia

Portretowanie z profilu to sztuka, która zyskała popularność w połowie XVIII wieku. Polska nazwa „sylwetka” pochodzi od nazwiska francuskiego generalnego kontrolera skarbu Etienne de Silhouette. Żal mu było ścian nowo wybudowanego zamku, na których goście zwęglonymi szczapami odrysowywali kontury cieni, i zaproponował im używanie nożyczek i papieru. W początkach XIX w. sylwetka rozpowszechniła się w całej Europie. W Warszawie moda na nią panowała za Stanisława Augusta. Popularność tej sztuki zaczęła maleć, kiedy w 1839 roku na posiedzeniu Akademii Francuskiej zaprezentowano nowy wynalazek: fotografię.

Życie Warszawy