Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Świat według Krzysztofów Grabowskich

Piotr Szymaniak 21-10-2010, ostatnia aktualizacja 24-10-2010 19:42

Nazywają się tak samo, obydwaj piszą teksty o są założycielami jednych z najważniejszych zespołów punk rockowych. Teraz niezależnie od siebie wydają swoje książkowe wspomnienia.

autor: Szymon Łaszewski
źródło: Fotorzepa
Krzysztof „Grabaż” Grabowski
autor: Danuta Matloch
źródło: Fotorzepa
Krzysztof „Grabaż” Grabowski
Krzysztof Grabowski
autor: Michał Walczak
źródło: Fotorzepa
Krzysztof Grabowski

Spotykamy się w jednej ze stołecznych restauracji z kuchnią orientalną. Zanim zaczęliśmy, Krzysztof "Grabaż" Grabowski, wokalista Strachów na Lachy, a wcześniej Pidżamy Porno, razem z Krzysztofem Grabowskim, perkusistą Dezertera, zaczęli opowiadać o... synach, którzy też nazywają się dokładnie tak samo.

Krzysztof Grabowski (KG): Pamiętam jak się zdzwoniliśmy w '93 roku i powiedziałem, że mi się syn urodził, a on mówi: "A mi się zaraz będzie rodził". Za jakiś czas rozmawiamy i mówię, że mój ma na imię Janek, a on na to "K..., mój też". A teraz się okazuje, że mam wydać książkę w październiku, po czym dzwoni do mnie mój wydawca i mówi: "Wczoraj otwieram gazetę i patrzę Krzysiek Grabowski książkę wydaje, jak to możliwe? Na szczęście czytam dalej, a to nie ty, bo już myślałem, że poszedłeś do kogoś innego".

Często was mylą?

KG: W ubiegłym roku zadzwoniła do mnie pani z "Dziennika", z pytaniem czy mogę skomentować list Grabaża : "Czy może mi pan powiedzieć co pan miał na myśli". Ale ja nie wiem co miałem na myśli, bo ja nie wiem o czym mówimy. "No jak to, ale napisał pan to i to" i mi cytuje. Ale ja nic takiego nie napisałem, ale zaraz zaraz, to chyba nie do tego Grabowskiego pani dzwoni. Ale to mi się raz zdarzyło.

Grabaż (G): U mnie było to nagminne. Przez pewien czas w Poznaniu uchodziłem za megasupermana. Tu śpiewam w Pidżamie Porno, występuję w Radiu Plus, jeszcze gram w Dezerterze i piszę zupełnie inne teksty. Zamiast każdemu z osobna tłumaczyć, wpadłem na pomysł, żeby sobie wytatuować napis "Nie jestem z Dezertera". Na czole. Na szczęście nie wprowadziłem tej idei w życie. Takie historie zabawne się zdarzały.

Pamiętacie kiedy spotkaliście się pierwszy raz?

KG: Ja pamiętam, w Toruniu w '85 roku chyba

G: 'W 84.

KG: Przyszedł po koszulkę do mnie.

G: Po koszulkę? Nie, przyszedłem się przedstawić.

KG: Chciałeś koszulkę ode mnie, którą zrobiłem sobie sam, Crassu. Bielinką na czarnym. Bardzo trudno ją było zrobić i jak poprosiłeś mnie o tą koszulkę i byłeś uparty, żebym ci ją dał to ja się broniłem...

G: Ale nie dałeś mi jej.

KG: Dałem.

G: Nie dałeś, to był ktoś inny Krzychu. Słuchaj, ja pamiętam wszystkie swoje koszulki.

KG: Pamiętam jak się przedstawiłeś. Z kolegą byłeś.

G: Możliwe.

KG: I ten kolega twój mówi "Cześć, a wiesz, że on się tak samo nazywa jak ty".

G: Tak, to był Toruń. Poza Kontrolą. 1984 rok.

Wtedy jeszcze chyba nie grałeś?

G: Grałem.

KG: Tak?

G: No tak, miałem dwie próby i występ w Jarocinie.

KG: W jakim zespole? To Ręce do Góry już wtedy było?

G: Tak. A mój pierwszy kontakt z Dezerterem, jeśli chodzi o relacje interpersonalne, był w Jarocinie w 1984 roku ze Skandalem (pierwszy wokalistą Dezertera, już nie żyjącym - przyp. red.). Słuchaliśmy sobie z magneciaka koncertu - To było dzień po waszym występie. Graliście pierwszego dnia podczas dnia punkowo-reggeaowego. Leżeliśmy i włączyliśmy sobie Dezertera. Przechodził Skandal i mówi "O, słuchacie naszego koncertu. A myśmy go jeszcze nie słuchali, pożyczcie nam tą kasetę, na pewno odeślę". No więc daliśmy mu ją.

KG: Nie odesłał.

G: No pewnie, że nie odesłał.

KG: Skandal nie odsyłał.

G: Ja też bym pewnie nie odesłał. W tamtych czasach pójście na pocztę było traumą.

KG: Powiem szczerze, że ja to się nałaziłem na tą pocztę, bo odpisywałem na jakieś sterty listów. Zawsze głupio mi było nie odpisywać i spadało na mnie, jako takiego najbardziej z poczuciem obowiązku. Nie no, przecież piszą, więc trzeba odpisać.

Co pisali w tych listach?

KG: Różne rzeczy. Zwykle ludzie chcieli się dowiedzieć co tam w wielkim świecie, bo pisali głównie z prowincji. Że są jedyni tacy w miasteczku i nie mogą sobie z tym poradzić. To były takie osobiste sytuacje. Poza tym zwyczajowe pytania. "A gdzie będziecie grać?" "A co robicie?", "A jak to wam się udaje?" itd. Ludzie prosili o podpisy, o to, żeby im koszulki przysłać...

Których oczywiście nie było.

KG: Nie no, sam je robiłem. Szablony, farby - a mam obcyk do tych rzeczy - robiłem sobie te koszulki, i każda była inna. Więc prosili żeby je przysyłać, ale oczywiście tego nie robiłem, bo nie można było samych koszulek kupić.

G: Takie były czasy. Jak na początku myśmy rozkręcali punkowanie w Pile - ja i mój kumpel Biczuś - jeździliśmy na rożne koncerty z magnetofonami i nagrywaliśmy je. Później te kawałki znaliśmy lepiej czasami niż wykonawcy. Tak na przykład z "Outsiderem" T.Love Alternative. Oni zapomnieli jak to się gra, a ja po 10 latach wziąłem gitarę i przypomniałem Muńkowi ten kawałek. Koszulki też oczywiście robiliśmy sami. Największy problem był oczywiście z dostaniem samego T-shirtu. Chodziło się do sklepu z bielizną i tam od czasu do czasu rzucali białe. Potem to się farbowało.

KG: Spodnie farbowałem, koszulki farbowałem. Wszystko farbowałem.

G: Obwiązywało się to sznurkiem, żeby były różne kolory...

Tobie, Krzysiek, to zostało do tej pory. Bo książkę przygotowujesz w całości sam. Nie tylko ją napisałeś, ale i samodzielnie ją ilustrujesz, składasz...

KG: Ja generalnie okładki płyt, plakaty robię sam, bo to jest moje drugie hobby w życiu. Zawsze rysowałem, malowałem, robiłem wszystko ręcznie. Robiłem Azotoxa i kilka innych fanzinów. Nikt lepiej niż ja sam by tego nie zrobił. Jak bym miał siedzieć i przez pół roku tłumaczyć komuś, jak ta książka miała wyglądać, to już wolałem poświęcić ten czas i zrobić to samemu.

Benedyktyńska praca...

KG: Jak zobaczyłem te wszystkie kartony i pudła pamiątek różnych, które mam po zespole, to stwierdziłem, że szkoda wyrzucić, bo to prawie 30 lat mają niektóre rzeczy. A po drugie nie wiedziałem nawet, co tam było. Samo przejrzenie tego zajęło mi mnóstwo czasu. Przeglądałem kawałek po kawałku te tony papierzysk, znajdowałem coś fajnego i mówiłem: O kurde, ale fajne. I przypominała mi się związana z tym jakaś fajna historia. No więc odkładałem to na kupkę z myślą, że trzeba o tym napisać. Potem okazało się, że kupka jest prawie taka sama duża, jak i te kartony i potem zastanawiałem się "K... gdzie to było. Znowu trzeba to przeglądać". Więc wyciągałem coś, jak było fajne, to pisałem, i tak na okrągło. W ten sposób to powstawało. Lekki chaos, ale dało się ogarnąć.

Skąd pomysł na wasze książki, dlaczego zdecydowaliście się je napisać i dla kogo one są?

KG: Bardzo wiele rzeczy ucieka, przepada, jest wtórny obieg informacji. Ludzie powtarzają sobie rzeczy, z którymi ja się nie zgadzam, albo powtarzają sobie głupstwa po prostu. Drugim powodem są moi dwaj nastoletni synowie, którzy kompletnie nie wiedzą jak to było, o co chodzi, dlaczego, skąd się to wszystko wzięło. Stwierdziłem, że trudniej jest powiedzieć: "Słuchaj Janek, to ja co opowiem..." Bo on mi powie: "Nie przestań, ja muszę sobie postrzelać w jakimś tam Call of Duty". Więc stwierdziłem, że im to napiszę i w ten sposób opowiem tą historię od siebie. Szkoda by było, żeby to gdzieś przepadło.

Zwłaszcza, że dziennikarze nie potrafią tego zrobić odpowiednio, bo bo zawsze byli odsuwani. Nasze środowisko było hermetyczne, informacje trzymało dla siebie. Nikt się tym specjalnie nie dzielił z mediami, bo te media były jakie były. Więc trzeba było te historie opowiedzieć z pierwszej ręki. Tylko, że ja to wszystko robiłem odwrotnie niż powinienem, źle i do góry nogami z punktu widzenie wszystkich prawideł o pisaniu książek i gromadzeniu materiału. Znajdowałem fajny obrazek, od razu pisząc to robiłem grafikę. Jak fajnie wychodziło, to pisałem jeszcze. Totalny chaos i anarchia, ale dzięki temu to powstało.

G: Mnie namówił współautor mojej książki - Krzysztof Gajda. Wcześniej pisał o Kelusie, to była jego praca magisterska, doktorską pisał o Kaczmarskim, potem napisał biografię Kaczmarskiego. Kiedy pracowaliśmy nad albumem Strachów z piosenkami Kaczmarskiego okazało się, że Grześ, mój szef techniczny i Krzysztof Gajda są kuplami ze szkoły. Sprzedał mi więc historię, że on tam koło nas trochę chodzi, ale się boi podejść. W przypadku tego Kaczmarskiego bardzo dużo nam pomógł. Czytałem jego książkę, bardzo mi się podobała, jak z resztą wszystkie jego książki. Znalazłem się w towarzystwie Kelusa i Kaczmarskiego - cała przyjemność po mojej stronie.

KG: Czym cię przekonał? Czy nie musiał cię przekonywać? Skończyli mu się artyści na K i wziął się za inną literę?

G: Nie. To nie jest leszcz przede wszystkim. Było już kilku śmiałków, którzy próbowali pod to podchodzić i po pierwszej czy drugiej rozmowie rezygnowałem, bo byłem przekonany, że z tego jakaś kupa będzie. Wiedziałem, że mam na tyle fajne słowo pisane, że umiałbym sobie z tym poradzić, ale potrzebny mi jest impuls i ktoś, kto będzie mnie kopał w dupę. Pamiętam, że jak wydawaliśmy z Pidżamą Porno nasz archiwalny materiał na CD, "Futuristę", którą nagraliśmy w Radiu Studenckim w Szczecinie, usiadłem i napisałem historię zespołu od powstania do momentu pierwszego zawieszenia działalności. Wyszło mi 12 stron maszynopisu. (Zamieszczony na stronie internetowej zespołu - przyp. red.) Pod tym dumnie napisałem c.d.n. Od 1996 do 2009 roku minęło 13 lat i przez ten czas nie miałem jakiekolwiek imperatywu by drugi raz usiąść i zacząć pisać. Ktoś taki był mi zajebiście potrzebny. I ktoś taki się znalazł. Okazało się, że kibicujemy tej samej drużynie, słuchamy podobnych artystów i żeby było jeszcze weselej okazało się, że mieszkamy przez ulicę. I lubimy te same trunki.

KG: No tak, zestaw obowiązkowy.

G: Dokładnie. I coś takiego za mną chodziło, bo wielu ludzi mnie pytało, czy napiszę to do końca. Jak to będzie wyglądało? Mówili: weź się wreszcie zmuś. A zmusić mnie było ciężko. Jest tyle innych zajęć ważniejszych niż pisanie książki o sobie, że to odpuszczałem. Aż w końcu usiedliśmy i zaczęliśmy to robić

KG: A długo to robiliście?

G: Półtora roku.

KG: To tak mniej więcej jak ja.

Na ile te książki opowiadają o was samych, a na ile o tamtej rzeczywistości?

G: Nie sposób oderwać osoby od rzeczywistości. Z jednej strony wydaje mi się, że ta książka jest zapisem czasów, w których przyszło mi funkcjonować, a z drugiej strony jest opisem mnie samego i moich spojrzeń na to wszystko. Jest bardzo Grabażocentryczna, że się tak wyrażę, ale nie mogło być inaczej, jeśli ja generalnie byłem epicentrum tego wszystkiego. Starałem się w miarę szeroko uciekać od głównego rdzenia, czyli ode mnie i jest tam wiele takich opowieści, które opowiadają o czasach, w których przyszło nam żyć. Lata 80-te, były lata 90-te, dwutysięczne. Są tam historie związane z moim przełomem w patrzeniu na świat i nigdy nie ukrywałem, że to się zdarzyło podczas koncertu SS-20 (poprzednia nazwa zespołu Dezerter - przyp. red) w Jarocinie w '82 roku, a takim impulsem było to, że na bębnach gra Krzysiek Grabowski. Zawsze i wszędzie będę opowiadał, że moje dorosłe, świadome życie zaczęło się właśnie od tego koncertu.

KG: Różnimy się tym, że Krzysiek pisze swoje teksty i je sam wykonuje. Ja piszę teksty zawsze dla kogoś.

G: Też je wykonujesz (Krzysztof Grabowski jest perkusistą Dezertera - przyp. red).

KG: No tak, ale ja ich nie śpiewam. Nie mogę ich interpretować tak, jak bym chciał. Piszę więc inaczej. Ty piszesz rzeczy bardziej osobiste, ja muszę pisać bardziej ogólne, żeby ten, kto to śpiewa, mógł się z tym utożsamić, by to nie było sztuczne. W związku z tym całe moje myślenie jest w ten sposób spaczone.

Stwierdziłem, że nie będę pisał książki, która jest biografią, bo po tylu latach nie potrafię pisać tak osobiście, a może i bym potrafił, ale nie pomyślałem o tym. To dzieje zespołu - ani biografia, ani historia. Po prostu jest to zbiór wspomnień o zespole na tle czasów. A żyliśmy na przełomie dwóch systemów. Co było cholernie ciekawym, aczkolwiek wkurwiającym wydarzeniem w naszym życiu, bo w przeciwieństwie do artystów zachodnich, mogliśmy się napatrzeć na fajne rzeczy, ale nic nam to nie dało.

Starałem się więc pisać taką historię, która by pokazywała, co my robiliśmy, dlaczego tak. I to w odniesieniu do tamtych realiów starałem się uzasadniać nasze poczynania. Oczywiście ja nie jestem pisarzem, więc rzecz jest prosta, ale na tyle ciekawa właśnie dla ludzi, którzy pewnych szczegółów nie mogą znać, bo i skąd. W Polsce zespoły undergroundowe, zwłaszcza w latach 80., były traktowane jak piąte koło u wozu, pomijane gdzie się tylko dało czyli w mediach, więc nikt nie zna tych historii w każdym razie. Nikt nie wie jak to było.

Jak sięgaliście wstecz do waszej przeszłości, to czy nachodziły was takie myśli, że teraz to postąpiłbym inaczej, to bym zmienił, to zrobiłem źle. Czy podczas pisania jakieś trupy z szafy wychodziły?

KG: Błędy to się zawsze zdarzają. Takie zespoły jak nasz czy Krzyśka działają spontanicznie. Nie planuje się rzeczy, trzeba szybko podejmować decyzje. W większości te decyzje są trafne. Pisząc nie miałem takiego poczucia, że coś powinienem był zrobić inaczej

G: Ja absolutnie nie żałuję swojej drogi życiowej i cieszę się, że było tak jak było. Gdybym miał jeszcze raz przeżyć swoje życie, robiłbym dokładnie tak samo. Nie wyobrażałbym sobie siebie w sytuacjach typu praca w biurze, kariera naukowa, dziennikarska czy jakieś inne "sratytaty". Od początku jak usłyszałem Dezertera to chciałem założyć swoją kapelę, zawsze chciałem być gwiazdą rocka. Tylko że w Polsce nie można być gwiazdą. Polska to jest kraj bez gwiazd.

KG: W czasie gdy tą swoją świadomość budowałem, to pomyślałem, że ja to bym chciał tak w życiu postępować, żeby potem nie żałować. No i jakoś tak, odpukać na razie się udaje. Też decyzje, które w sprawie zespołu były podejmowane przez te lata, w drodze różnych dyskusji, wspólnych ustaleń itd. były na tyle trafne, że ten zespół się nie skiepścił, nie wypalił, nie pokłóciliśmy się.

Wywodzicie się z jednego pnia, ale wasze drogi, kariery potoczyły się inaczej. Droga Pidżamy Porno w tej nowej rzeczywistości, a tym bardziej Strachów na Lachy obecnie jest inna niż Dezertera.

G: Mianowicie?

KG: Ciebie puszczają w radiu, a nas nie, chociaż słucham dużo, ale raczej tych stacji w których mówią dużo, bo zwykle puszczają w kółko to samo.

G: No tak, na tym polega niewolnictwo selectora.

KG: Są rozgłośnie, w których to komputer puszcza i codziennie o tej porze jest ta sama piosenka i można zwariować.

G: No o tym mówię właśnie. Selector, to taki program komputerowy.

KG: Nie wiedziałem nawet, że to się tak nazywa.

G: Ja pracowałem w radio to wiem.

KG: Wiem, napisałem o tym w książce. Była taka fala redaktorów radiowych - najzajebistsza w dziejach polskiej radiofonii, gdzie w każdym dużym mieście był kumpel, który pracował w radiu i przeważnie grał w kapeli. W Poznaniu Krzysiek, Thiele (Przemysław, lider Kolaboratnów - przyp. red.) w Szczecinie, Wojda (Wojciech - wokalista Farben Lehre - przy red.) w Płocku i to po prostu było super. Jechało się do miasta na koncert, tam czekał kolega, szło się na wywiad, pogadało się. Bo teraz to nie bardzo mi się chce, a z kolegą to co innego.

G: Wracając do różnic, to diagnoza Krzysztofa jest moją diagnozą. Myśmy również nigdy nie starali się wkraczać na takie tereny, na których czulibyśmy się nieswojo. Krzysztofa nie grają obecnie w radio, ale mnie nie grali 20 lat. Moje piosenki są puszczane od pięciu lat. No a przecież Dezertera na dobrą sprawę, to poznałem dzięki radiu. Było kilka audycji w Programie Trzecim w postaci reminiscencji z Jarocina z '82 czy '83, a ja byłem człowiekiem radia. Mieszkając w Pile nie miałem dostępu do koncertów czy innych rzeczy, więc słuchałem tylko radia. Te audycje z Jarocina, w których leciał Dezerter z pierwszą wersją Fabryki...

KG: To Nagłowski puszczał.

G: Tak, Piotr Nagłowski. To były audycje, które pamiętam do dziś, choć minęło prawie 30 lat. W przypadku większości ludzi, którzy zaczynali czy to jako fani muzyki, czy czynni artyści w latach 80-tych jest taki niepisany szlak, którego się po prostu nie zmienia. A więc są rzeczy, w których z założenia nie bierzesz udziału. Nawet jeśli los tak chce, że jeden jeden jest troszeczkę niżej, drugi troszeczkę wyżej. Ja cały czas będę powtarzał, że bez Dezertera by mnie nie było. Bez tekstów, które pisał Krzychu, a które zrobiły burdel w mojej głowie totalny. To jest moim zdaniem ta niewidzialna, niewypowiedzialna wspólnota.

KG: Wiesz te całe lata 80-te to był moment, w którym tej muzyki właściwie nie było. Jedynie jakieś nagrania na kasetach, ktoś gdzieś nagrał, kolega koledze. Dla mnie zajebiście inspirujące było słuchanie innych artystów. Dostałem kasetę od Chełstowskiego (Waltera - szefa festiwalu w Jarocinie - przyp. red.) z Jarocina '83, gdzie były wszystkie punkowe zespoły - słuchałem jej chyba z tysiąc razy. Każdy zespół opowiadał tam swoją historyjkę z innego miasta. Niby to wszystko było podobne, ale zupełnie inne. To było tak genialne, ja zresztą powtarzam to w kółko: polska muzyka undergroundowa z lat 80-tych była na światowym poziomie. Mimo że nie było płyt, nie było żadnych wydawnictw, to co zespół, to było coś zupełnie zajebistego.

G: To był czas, kiedy młodzi ludzie przyjeżdżali do Jarocina na kapele, które nigdy w życiu w radiu nie chodziły. Ci ludzie już siedzieli w środku, kiedy te kapele się próbowały i po drugim przesłuchaniu jakaś piosenka z jakiegoś repertuaru danego zespołu była już hitem. No bo tak to się wtedy działo. Jak widziałem ten las magnetofonów...

KG: To było niesamowite.

G: Sam byłem taką podstawką, która trzymała magnetofon. A później siedziało się z uchem przy głośniku zastanawiając się co on tam śpiewa? Taka rzecz w polskiej kulturze nie zdarzy się nigdy, ale tragedią tych czasów było to, że to się działo na totalnym offsajdzie.

KG: Większość z nich przepadła niestety.

G: Ty miałeś to szczęście, że miałeś dostęp do Waltera, do tych nagrań, ale większość ludzi czerpała tą wiedzę tylko i wyłącznie za pośrednictwem giełdy kaset, które krążyły po kraju. Pamiętam nasze wyprawy do Raciborza, gdzie mieszkał Urko słynny, który miał nieprzebraną skarbnicę wszystkich nagrań polskich zespołów. Przyjeżdżało się na 4-5 dni, magnetofony pracowały cały czas, browary szły w jedną i w drugą stronę i dzięki temu z tym polskim undergroundem było się na bieżąco. Co wychodziła kapela to była to zupełnie inna kreacja artystyczna, zupełnie różny od poprzedniego zespołu sznyt.

KG: Mimo że w tym samym gatunku te zespoły grały po swojemu.

G: Co było najbardziej fascynujące patrząc z perspektywy lat na to wszystko, to było, to, że ci ludzie często o sobie nic nie wiedzieli. Krzysztof występował w Jarocinie jako gwiazda. Ja, jako gość, który się tam dobijał biorąc udział w przesłuchaniach, więc słuchałem tych zespołów.

KG: Jako gwiazda w cudzysłowie, bo to umówmy się zupełnie co innego znaczy dziś i wtedy. Byliśmy zaproszeni po prostu.

G: Wtedy kapela, która mogła wystąpić w Jarocinie bez przesłuchań, spania gdzieś po JOK-ach czy pod JOK-ami (Jarociński Ośrodek Kultury - przyp. red.) to był ktoś. Ale faktem jest, że siedziało się po 12 godzin i to była totalna hipnoza. 12 godzin muzy. 1984 rok to takie apogeum było. Każdy band, który wychodził zamiatał wszystko i wszystkich. Do dzisiaj pamiętam te piosenki.

KG: Te zespoły, które wtedy występowały, znam wszystkie i każdy kawałek, lepiej lub gorzej, kojarzę. Natomiast powiem ci co było wtedy kapitalne. Dzisiaj to jesteśmy już starzy więc trochę nam się nie chce

G: Gadamy trochę jak AK-owcy, nie?

KG: No tak, niestety doszło do tego momentu. Ale wtedy było coś takiego, że zespoły słuchały siebie nawzajem, nie było czegoś takiego, że my sobie siedzimy w garderobie, a inni grają. Stało się w tłumie pogującym pod sceną z rozdziawioną gębą, oglądało się inne zespoły. To było takie samo nakręcające się, wszyscy się sami nawzajem inspirowali, mimo że każdy grał inaczej, każdy się uczył niezależnie tego grania. Nie było żadnych obowiązujących szkół muzycznych, jeden miał taką gitarę, drugi inną. Nie było wzorów, płyt, nagrań, każdy się uczył po swojemu na zasadzie, to pewnie tak jakoś idzie - chujowo ale bojowo. No i dzięki temu każdy zespół miał swój mocny charakter, bo samemu do tego dochodził. I to było fajne.

G: Zawsze powtarzałem, że to co najcenniejsze w polskiej muzyce działo się w latach 80-tych. Zespołów było mnóstwo i opowiadały ważne rzeczy. To, co dzisiaj trafia do nas po latach jest zaledwie wycinkiem tego co się wtedy działo. To był nieprawdopodobny total, kompletna euforia. Nazwałbym to Powstaniem Kościuszkowskim polskiej muzyki.

KG: Pamiętam nasz pierwszy Jarocin w 1982 roku. Spotkaliśmy się chłopakami z Rejestracji. Przyjeżdża załoga z Warszawy, przyjeżdża załoga z Torunia i od razu jesteśmy kolegami, bo nagle widzisz takich samych ufoludków jak ty, z innego miasta, po prostu muszą być twoimi kumplami.

G: Wyście mieli bardziej pokojową załogę niż np. TZN Xenna. Jak przyjeżdżała armia Xenny, to większość tchórzliwych zawodników chowała się po bramach.

KG: Popłoch w mieście. Ta załoga jeździła z nami parę razy i kilka hoteli zdemolowała w naszym imieniu. Za co potem byliśmy po sądach ciągani.

G: Ale to był nasz czas, nasz koloryt i w czasach jakiejś ciemnej nocy Jaruzelskiej potrafiliśmy się dobrze bawić i robić coś pozytywnego w naszym mniemaniu.

Jak bardzo te lata 80-te was zdeterminowały?

KG: Ja mam takie spaczenie, że jak widzę kolegów SLD starszej daty to po prostu nie mogę na nich patrzeć. Robi mi się niedobrze. Jak udają, że są najbardziej proeuropejscy w Polsce i są najlepszymi demokratami to mam pawia na ustach.

G: Wyrzuciłem cały swój sztafaż obciążeń komunistycznych w 1989 roku, zrobiłem swoją grubą kreskę i nastawiłem się na Future. Skreśliłem No.

To co było najbardziej uciążliwe w komunizmie, jest najbardziej uciążliwe w wolnej Polsce, czyli tzw. paskudny polski genom. W tym kraju bez względu na to, jaki system panuje, są ludzie otwarci, tolerancyjni, chwytają wszystko co nowe i są tacy, którym nic nie jesteś w stanie do gara przetłumaczyć.

KG: A najśmieszniejsze jest to, że proporcje są ciągle takie same.

G: I to jest cała tajemnica tego ambarasu i karnawału. Wśród komunistów też się spotykało ludzi, którzy byli w miarę sensowni, ale większość z nich była armią zakutych łbów. Podobnie jest dzisiaj, z tą różnicą, że o wiele bardziej żałujesz tych pieniędzy, które musisz na tych darmozjadów płacić, którzy barwią się w swoje ciemne, wyimaginowane i plugawe gierki za twoją kasę. Wtedy robili to za kasę państwową czyli de facto, pieniądze naszych rodziców. Okradali nas trochę mniej ceremonialnie.

KG: Nie da się jednoznacznie ocenić, kto był wtedy dobry a kto zły. My np. przez dużą część lat 80-tych korzystaliśmy z pomocy klubów studenckich, które były w rękach Socjalistycznego Zrzeszenia Studentów Polskich. A tam byli ludzie, którzy tak samo kariery robili i chcieli się dostać do partii i tam piąć do góry. Ale byli też tacy co przymykali oko na to co robimy, chcieli nas mieć w takim klubie, dawali nam miejsce na próby... itd.

Ostatnio przeczytałem, że Sławek Rogowski (kierował Hybrydami, był dyrektorem festiwalu FALA - przyp. red.) był TW Libero. Ale, k..., na nas nie donosił. Jest taka schiza w tym kraju, że każdego można o wszystko oskarżyć i nie możliwości się przed tym uchronić.

G: Dla mnie to jest absolutnie sprawa drugorzędna. Ja osobiście Rogowskiego nie znałem, ale wiem, ile dobrego robił dla kultury w Polsce i to jest dla mnie przesądzające w tym wszystkim. Ale bardzo mnie wkurwia, że ludzie, którzy w tamtym czasie dupy zza węgła nie wysunęli, teraz są największymi moralistami.

KG: Patriotami i bohaterami.

G: I to budzi mój sprzeciw. Wiadomo, że tamten system był chory i to do cna, że to była białaczka ostatniego stadium. Chwała tym ludziom, którzy potrafili w tym syfie robić coś konstruktywnego. A żeby to zrobić, często trzeba było się umazać w gównie. Dla nas, którzy się urodzili w tamtych czasach i żyli w tamtym systemie, najgorsze jest to, że arbitralnie, po 30 latach możesz oceniać: współpracowałeś czy nie, byłeś czy nie byłeś. Żyjemy w katolickim kraju i wybaczenie jest cechą immanentną tego systemu wartości. Nie gustuję w nim za bardzo, ale chodziłem na religię i podstawy liznąłem. To jest słabe w tym wszystkim, że wcześniej mi nie znani rynsztokowcy pozwalają sobie wydawać opinie o ludziach, którzy starali się zrobić coś więcej, niż tylko przetrwać.

KG: Zwłaszcza, że musimy pamiętać o tym, że w latach 80-tych mnie i chyba wszystkim wówczas wydawało się, że ten system będzie zawsze. Nikt nie miał żadnej nadziei na to, że on nagle padnie, się przewróci i zniknie. Może jacyś bardzo wielcy optymiści tak myśleli. Jeśli w tamtym systemie, układach, rzeczywistości politycznej okazywał się człowiekiem przyzwoitym, to nim był, mimo że nie wiadomo co miał tam kartotece napisane...

G: Dla nas wtedy esbecy byli potworami tajnymi, bezgłowymi i zdegenerowanymi. Nie uznawaliśmy ich za homo sapiens. To, że dzisiaj ich fantasmagorie bierze się za pewnik, jest największym dysonansem dla mnie. Kim był ubek? Szmatą zwykłą, która była w stanie zrobić największe świństwo, byle tylko wykazać się w papierach....

KG: Znaczy on miał taką robotę. Robić świństwa i za to brać pieniądze.

G: Ja też miałem propozycje pracy w tym resorcie.

KG: No proszę, to na pewno jest na ciebie papier.

G: Nie wiem czy jest. Żyliśmy w dziwnym kraju, w jakiejś grze komputerowej - tak na to można spojrzeć z dzisiejszego punktu widzenia, gdzie trzeba było robić jakieś triki i uniki, które teraz z dzisiejszej perspektywy są zupełnie nie do wytłumaczenia. Tak się wtedy zachowywało. Starało się przeżyć, być kimś i robić coś swojego. To było nasze życie. Dzisiaj nie można jednoznacznie powiedzieć, że jeśli Rogowski ma jakiś papier w IPN-ie to on był zły. Jestem ostatni, który to powie.

W jakich okolicznościach dostałeś propozycję współpracy?

G: Skończyłem pilski ogólniak i studiowałem historię. To na zasadzie typowania się chyba odbywało. Przyszedł dzielnicowy do chaty, mnie nie było w domu i spytał, czy Krzysztof nie byłby zainteresowany pracą w wiadomych strukturach. Jak wróciłem do domu i moja matka mi opowiedziała, to powiedziałem, że jeszcze raz go przyjmie, to moja noga więcej tu nie postanie.

KG: Ja miałem wizytę, ale nic nie proponowali, tylko straszyli rodziców. Wybierałem się na Akademię Teologii Katolickiej by uniknąć wojska, więc takich odsuwali z automatu.

Twoja książka jest już w drukarni, Grabaża w sklepach. Pewnie będą was w pierwszej kolejności kupować fani...

KG: Mam nadzieję, że nie, że będą nas kupować ludzie, którzy zechcą poznać kawałek historii, niekoniecznie pisanej przez zawodowca. Jak widzę, jak się historię dzisiaj pisze, to czasami mrozi mi się krew w żyłach. Bo ludzie są w stanie tą samą historię opowiedzieć zupełnie inaczej. Jeden mówi, że zakładał Solidarność, drugi twierdzi to samo, aż przychodzi trzeci i mówi, jak w ogóle ich tam nie widział. Dlatego najlepiej tą swoją historię powiedzieć po swojemu.

Co chcielibyście, by ludzie, którzy w ogóle absolutnie nie mają pojęcia o nagrywaniu na kasety koncertów, robieniu własnych koszulek, dla których tamten system był totalnym matrixem, wynieśli z waszych książek?

KG: Trochę przyjemności.

G: U mnie jest tyle anegdot, że to jest dobra książka przygodowa. Rock'n'roll w Polsce nie był tym samym co rock'n'roll na zachodzie: cadillaki, limuzyny, drogie lub średnie panienki, apartamenty....

KG: Zwłaszcza, że działaliśmy w totalnym undergroundzie, więc raczej zepsute wzmacniacze, pociągi, nie działające przestery do gitar, a na początku lat 90-tych zepsute samochody. Myślę, że ta książka dla kogoś, kto jest zainteresowany muzyką, nie tylko taką jaką my robimy, ale ogólnie będzie ciekawa, bo przedstawia historie, które nikt wcześniej nie opowiedział. My je znamy i wspominamy przy piwie jak się spotykamy. Jak ja dzisiaj opowiadam, że na pierwszej próbie, którą mieliśmy u mnie w domu, grałem na pudłach kartonowych, to w ogóle kosmos jakiś jest. Dzisiaj jak zespół młody startuje to ma bębny na 5 tys. zł co najmniej, bo tata kupi. Myśmy nie mieli nic. Statyw do blachy to mi robił ojciec basisty w zakładach wojskowych wytoczył z rurek mosiężnych. Człowieku, ten statyw dzisiaj to wart byłby ze dwa tysiące na skupie złomu. To był czysty mosiądz. Rzeczy, które są niemożliwe dzisiaj. Nawet jakby ktoś chciał napisać taką historię, to czegoś takiego by nie wymyślił.

Synowie tak samo się nazywają, czy jakieś inklinacje muzyczne przejawiają?

KG: Mój nie, ale młodszy już tak. Kupiłem gitarę i tam próbuje brzdąkać. Ale ma małe palce, bo ma 14 lat, więc mu trudno idzie.

G: Mój ujeżdża na gitce. Dziwnie się czuję kiedy wchodzę do jego pokoju i proszę: "Ścisz się trochę na piecu, co?". Ciężko mi to przechodzi przez gardło.

Krzysztof „Grabaż” Grabowski

13 marca 1965 r.

W Poznaniu rodzi się Krzysztof Grabowski.

1984 Kończy I LO w Pile. W tym samym czasie zakłada swój pierwszy zespół Ręce do Góry.

1987

Powstaje Pidżama Porno, z którą przez 20 lat działalności wydaje sześć albumów.

2002

Zakłada Strachy na Lachy, z którymi od 2003 roku wydaje pięć płyt długogrających

2007

Pidżama Porno zawiesza działalność (z przerwą na koncert w Jarocinie w 2010 r.).

2008

Paszport „Polityki” za płytę Strachów na Lachy pt. „Autor” z piosenkami Jacka Kaczmarskiego.

2010

Ukazuje się książka „Gościu. Auto-bio-Grabaż”, wywiad rzeka przeprowadzony przez Krzysztofa Gajdę.

Krzysztof Grabowski

11 grudnia 1962 r.

W Warszawie rodzi się Krzysztof Grabowski.

1981

Wraz z kolegami z technikum elektronicznego: Robertem „Robalem” Materą i Dariuszem „Stepą” Stepnowskim zakłada zespół SS-20.

1982

Pierwszy występ na FMR w Jarocinie i zmiana nazwy na Dezerter.

1987

W Polsce ukazuje się album pt. „Kolaboracja” (z „piskami” w miejscach ingerencji cenzury).

1990

W Polsce i Francji wychodzi płyta „Wszystko przeciwko wszystkim”.

2010

Ukazuje się książka „Dezerter – Poroniona generacja?” oraz 13. już album Dezertera „Prawo do bycia idiotą”.

zyciewarszawy.pl