Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dziwne zwierzęta Warszawy

Rafał Jabłoński 02-06-2011, ostatnia aktualizacja 03-06-2011 13:16

Węże wypuszczane na wolność, pająki, które uciekły z hodowli, fretki, łasiczki i inne futrzaki – spotkać można na ulicach miasta. Dwa stulecia temu też ganiały po okolicy.

Żmije pojawiają się tylko na obrzeżach miasta,  ale w 1930 r. kilka sztuk zabito w Ogrodzie Saskim
źródło: Archiwum
Żmije pojawiają się tylko na obrzeżach miasta, ale w 1930 r. kilka sztuk zabito w Ogrodzie Saskim
Szarańcza była  u nas przed 200 laty
źródło: Życie Warszawy
Szarańcza była u nas przed 200 laty
Ptaszniki czerwononogie uciekały czasami z hodowli
autor: Guzik Piotr
źródło: Fotorzepa
Ptaszniki czerwononogie uciekały czasami z hodowli

Stosunkowo nowe, stołeczne znalezisko to bardzo duży wąż podobny (według świadków) do pytona, który kilka lat temu został pokaleczony przez kosiarkę na mokrych łąkach Głoskowa (za Piasecznem). Dziwne, egzotyczne węże widziano też w 2003 roku w okolicach Choszczówki, a o tak prozaicznym wydarzeniu, jak żmija w pobliskiej piaskownicy dla dzieci, nie ma nawet co wspominać. Cała ta egzotyka to efekt znudzonych hodowców, wypuszczających przerośniętych pupili w plener. Natomiast różne tchórzofretki i im podobne zwiewają z mieszkań i czasami widać je w parkach.

Sam oglądałem przed sześciu laty w marcu (a były to ciepłe dni) włochatego pająka przebiegającego ulicę Słupecką. Podobne paskudztwa widywano w rejonie Nieporętu, gdzie na działkach wyniosły się z terrariów wywiezionych latem „na powietrze".

Co ciekawe, pająki mają szanse przeżyć zimą w piwnicach, przy rurach ciepłowniczych. Żeby taka populacja rozmnożyła się, musi mieć bardzo dobre warunki i około 30 – 40 osobników. A u nas takie kudłate stawonogi tępione są od razu przez mieszkańców. W Warszawie pojawiały się w latach 90. zeszłego wieku, kiedy to żądni zysku handlarze sprzedawali je w sklepach zoologicznych (dziś chronią nas już odpowiednie przepisy), a nowi właściciele szybko wyrzucali je w plener.

Z przekazów wiem, że w okresie międzywojennym zdarzały się podobne przypadki, ale stołeczna prasa o nich nie wspominała. Natomiast po wojnie nic takiego przez wiele lat nie było, bo wybito większość zwierzyny w okolicach miasta.

Wielkie oczy

Czego bali się nasi prapradziadowie? Tego, co i ich przodkowie, a mianowicie wilków. Strach miał naprawdę wielkie oczy, bo warszawskie gazety dość często wspominały o wizytach tych zwierząt na peryferiach. Obfity w drapieżniki był rok 1830. W lutym „Gazeta Warszawska" dowiedziała się, że „ubito za Bielanami dwóch wilków czerwonych z białemi łbami i z strzałkami na nosach. Myśliwi naydoświadczensi nie widzieli jeszcze podobnych wilków. Pokazują się one razem po kilkunastu. Sądzą, że to wilki Ukraińskie, które ostra zima przypędziła w nasze strony". Były też sugestie, iż to nieznana w Polsce rasa psa. A „Gazeta Polska" podała, że „w lasach wiązownowskich mil 2 1/2 od Warszawy, ubito w tych dniach 5 wilczyc".

Zwierzęta te zabijano w każdych okolicznościach, bo osadnictwo było wtedy słabo rozwinięte, wilki nie bały się więc ludzi tak jak dziś i były agresywne. „W zeszłym tygodniu ubito jednego na krze lodowej pod Gocławiem w blizkości Saskiej Kępy" – donosił „Tygodnik Ilustrowany" z 1889 roku. Drugi uciekł, a trzeciego spotkano koło Grochowa. „Ostatni raz przed szesnastu laty zabito takiego desperata pod Bielanami, a na lewym brzegu Wisły podobno od lat trzydziestu nie napotkano nigdy nawet śladów wilczych."

Tu należy się pewne wyjaśnienie – albo reporter pisał o nieznanych nam Bielanach (bo znane są na lewym brzegu), albo szło mu o prawy brzeg, właśnie na wysokości Bielan, tylko że niezbyt klarownie to napisał. Dziś wilki pojawiają się na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej, ale bliżej Bzury. Sam widziałem trzy lata temu jednego koło wsi Olszowiec i na pewno nie był to pies, bo wszystkie okoliczne natychmiast wskoczyły ze strachu na tarasy domów i podniosły straszliwe larum.

Co spada z nieba

„Dnia onegdajszego znaleziono w południe kilkanaście sztuk szarańczy, na Podwalu, na Miodowej ulicy i na krasińskich placu". To informacja z 23 lipca 1827 roku. Podobno pojawiała się i później. Natomiast, jeśli prawdziwe były informacje jakie mi przekazano, to ostatni raz szarańcza przyleciała do nas w 1948 roku. I to w niezbyt dużej liczbie, ale niektórzy twierdzą, iż widziano jeszcze pojedyncze osobniki przed czterdziestu paru laty, na południe od Warszawy.

Szarańcza przylatuje do Polski przeważnie z delty Dunaju. Dawniej zjawiała się częściej i niestety były z nią kłopoty. Największe w pierwszej połowie minionego tysiąclecia, kiedy to klimat był nieco cieplejszy. Ale i tak obawiano się jej, więc niemal każda wizyta odnotowywana była w kronikach, a później w gazetach.

Przed prawie dwoma stuleciami nasi przodkowie ekscytowali się też innymi owadami. W 1827 roku prof. P. Jarocki zauważył nad Wisłą i w rejonie kanałów łazienkowskich osobliwą jętkę, którą nazwał „Efemera Vistulana n.". Była ona „siarczysto żółta", a miała skrzydła czarne, mieniące się fioletem. Trzy egzemplarze trafiły do gabinetu zoologicznego na uniwersytecie.

Jak podała w periodyku „Biblioteka Warszawska" – nasza jętka miała 12 linii długości, a długość nitek ogonowych wynosiła 34 linie. Niestety nie wiemy, czy szło o linie polskie, czy angielskie, w każdym razie linia to jedna dwunasta cala, czyli około dwóch milimetrów. Niestety nie natrafiliśmy na informację, czy Efemera Vistulana n. to owad lokalny, czy też imigrant. W każdym razie co ciekawsi mieszkańcy stolicy mieli nowinkę naukową.

Mniej dociekliwi ekscytowali się w roku 1844 drobnymi owadami „komarom podobnymi", które w Alejach Ujazdowskich „unosiły się niby strumienie dymu do góry". Jednak podobno nie było to nic rewelacyjnego, gdyż rok był nadzwyczajnie mokry, a chmury owadów lęgły się wówczas na potęgę. „Są one bez liczby."

Z kolei pięć lat później oglądano tysiące robaczków świętojańskich rozświetlających Ogród Botaniczny. A w 1856 roku, dokładnie 20 stycznia, kiedy temperatura wynosiła kilka stopni powyżej zera, na śniegu przed Instytutem Szlacheckim pojawiły się setki żywych glist. Zidentyfikowano je jako gąsienice omiłka szarego, którego widziano już o tej porze w 1749 roku w Szwecji. Dziś wiemy, że to wydarzenie niezwykle rzadkie, ale znane, bowiem omiłek jest niezwykle odporny na niskie temperatury.

I na koniec o kolejnym stołecznym paskudztwie, czyli o skorpionach, zwanych dawniej niedźwiadkami. „Biblioteka Warszawska" doniosła, że w roku 1847 znaleziono u nas dwa żywe osobniki przywiezione prawdopodobnie wraz z transportem cytryn z Triestu. Były to skorpiony włoskie, z których jeden żył podobno przez kilka tygodni w sklepowej szufladzie z cukrem. Oba trafiły potem do pojemników ze spirytusem, ale dalszy los tych eksponatów zginął w pomroce dziejów.

Udane ucieczki

Obfitość egzotycznych zwierząt, znajdujących się w prywatnych rękach, sprawia, że co jakiś czas pojawiają się na peryferiach stolicy uciekinierzy (ponoć przed kilku laty widziano lamę), którzy potem łapani są przez właścicieli. Ale i notowaliśmy udane ucieczki. Przed piętnastu laty w Lesie Kabackim z bazy ogrodu zoologicznego nawiał samiec guźca (świni afrykańskiej), którego widziano potem parę razy. Według jednej wersji, przyłączył się do stada saren, według innej – padł ofiarą kłusowników. Może to i prawda, bo w roku 1997 nikt o nim już nie słyszał. Zapewne będziemy jeszcze wiele razy czytać o dziwnych zwierzętach Warszawy, bo nasi współmieszkańcy hodowcy o to się postarają.

Dodaj swoją opinię.

Życie Warszawy