Trzy tygodnie nauki i lenistwa w Warszawie
Mariusz Fyrstenberg, tenisista Mery Warszawa. W poniedziałek w nocy wrócił z Szanghaju, gdzie w półfinale deblowego turnieju Masters w parze z Marcinem Matkowskim odpadł dopiero w półfinale.
Za wami ciężki sezon. Gdzie będzie pan teraz odpoczywał?
Mariusz Fyrstenberg: Podróżuję cały rok, więc zostanę w stolicy i będę leżał do góry brzuchem (śmiech). Najpierw jednak muszę załatwić kilka spraw. Przede wszystkim nadrabiam zaległości w szkole. We wtorek rano zdawałem egzamin z fizjologii i dostałem czwórkę. Studia zacząłem dość późno, dlatego jestem dopiero na drugim roku.
Jak pan godzi grę w tenisa i zajęcia na studiach?
Mimo tego że studiuję w trybie dziennym, jakoś daję radę. Nauczyciele bardzo mi pomagają. Mam indywidualny tok nauczania. Zdaję egzaminy, kiedy mam czas. Nikt nie robi mi problemów.
Przed Masters mówił pan, że największym waszym osiągnięciem była wygrana w Madrycie. Czy sobotni półfinał stawia pan wyżej od sukcesu w Hiszpanii?
Tuż po porażce z braćmi Bryanami uważałem, że triumf w Madrycie jest ważniejszy. Przecież wtedy przez moment byliśmy najlepszym deblem na świecie. Jednak gdy ochłonąłem po porażce, zmieniłem zdanie. W końcu w Szanghaju byliśmy już w ścisłej czołówce mistrzostw świata.
Bryanowie byli do ogrania? Dwa tygodnie wcześniej w Paryżu potrafiliście ich pokonać.
Nie mieliśmy w sobotę swojego dnia. Poza tym w kluczowych momentach popełniliśmy kilka niewymuszonych błędów. Do tego słabo serwowaliśmy.
O przegranej zdecydowały szczegóły.
Dwa ostatnie miesiące mieliście lepsze, ale początek sezonu był bardzo słaby. Dlaczego?
Na pewno gramy lepiej na hali niż na kortach otwartych. Jeśli chcemy być w czołówce, taka sytuacja nie może się powtórzyć w przyszłym sezonie.
Jaki jest wasz cel na przyszły rok?
Po tak dobrym sezonie wieszamy sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Chcemy być w trójce najlepszych debli świata.
Co roku wielu deblistów zmienia partnerów. Wy też kiedyś próbowaliście występów z innymi tenisistami.
To prawda, ale takie zmiany nie wychodzą na dobre. Dwa razy graliśmy oddzielnie, ale bez rezultatów. W deblu kluczem do sukcesu jest zgranie, więc nie zamierzamy teraz nic kombinować.
Czy przed następnym sezonem inne pary planują jakieś roszady?
Po tym, jak zakończył karierę Jonas Bjorkman, jego dotychczasowy partner Kevin Ullyett będzie teraz grał z Bruno Soaresem. Jak na razie bez pary pozostaje Maks Mirnyi.
Po tym, jak Prokom wycofał się ze wspierania tenisa, nie macie sponsora. Czy po sukcesie w Szanghaju to się zmieni?
Dostaliśmy kilka propozycji, ale na razie nie ma konkretów. Musimy popracować nad promocją. Na przykład bracia Bryanowie mają sztab ludzi, którzy dbają o ich wizerunek. Mam nadzieję, że dzięki naszemu menedżerowi Nikodemowi Jaworskiemu znajdziemy szybko sponsora. Ludzie zaczęli nas rozpoznawać. Na przykład na naszego bloga, od rozpoczęcia igrzysk, weszło już 250 tys. osób.
Gracie bez trenera. Na takim poziomie przydałby się chyba wam dobry specjalista?
To prawda. Jednak musimy najpierw mieć sponsora. Naprawdę dobry trener zarabia 5 tys. euro miesięcznie.
Kiedy rozpoczynacie przygotowania do następnego sezonu?
6 grudnia w Sopocie zaczyna się zgrupowanie kadry. 2 stycznia wylatujemy na pierwszy turniej do Doha.
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.




DRUKUJ
WYŚLIJ
Kup artykuł
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON