r e k l a m a

Niebagatelny urok rudzielca

Joanna Gajda-Zadworna 28-08-2008, ostatnia aktualizacja 05-09-2008 11:17

Amerykanie mieli swojego Deweya, kota z miejskiej biblioteki, którego chcieli filmować nawet Japończycy, a za historię o nim wydawcy zapłacili ponad milion dolarów. W Warszawie mamy Rudolfa. Na razie podbija serca gości księgarni przy ul. Bagatela. Ale wszystko przed nim.

autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
źródło: Życie Warszawy

Rudy, futrzasty Dewey, bohater książki wydanej właśnie przez Znak, był prawdziwą gwiazdą. Nie tylko amerykańskich mediów. Informacje o nim pojawiły się w setkach czasopism i gazet. Najpierw w rolniczym stanie Iowa, potem w całych Stanach, a z czasem i poza nimi.

Rudzielec, który w dramatycznych okolicznościach trafił do miejskiej biblioteki w miasteczku Spencer, szybko podbił serca mieszkańców. Do wnętrza z regałami pełnymi książek wniósł życie. Z chwilą, gdy się pojawił, coraz więcej osób zaczęło zaglądać do biblioteki. Dewey każdego gościa witał jak kogoś ważnego i oczekiwanego. Dla starszych ludzi stał się powodem do wyjścia z domu, dzieci prowokował do myszkowania po półkach z książkami, nawet zapracowanym dorosłym dostarczał pretekstu, by choć na chwilę zajrzeli do biblioteki. Wykazując się wręcz niekocią empatią, stał się też bardzo pomocny w prowadzeniu zajęć z upośledzonymi umysłowo dziećmi. Mieszkańcy Spencer w jednym byli zgodni – Dewey ożywił ich miasteczko.

Zauważyli to także oficjele – zwabieni ciepłymi opowieściami o rudym kocie w świecie książek do Spencer zaczęli ściągać dziennikarze. Najpierw lokalnych, a z czasem coraz bardziej znaczących mediów. Pewnego dnia specjalnie dla Deweya przyjechała do USA japońska ekipa telewizyjna. Kiedy dwa lata temu Dewey zmarł, już jako sędziwy 19-letni kot, wiadomość o tym wydarzeniu została odnotowana przez 250 dzienników, a także telewizyjne serwisy informacyjne.

Pejzaże kociej ojczyzny

Nie trzeba było długo czekać, by historią Deweya zainteresowali się wydawcy. Milion dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów – taka była zaliczka za opowieść o kocim rudzielcu. Przy czym książka, ukazująca się w Polsce pod rozszerzonym tytułem: „Dewey. Wielki kot w małym mieście”, nie ogranicza się jedynie do przedstawienia niezwykłego – trzeba przyznać – zwierzaka. Jest też kroniką miejsca, miasteczka i jego okolic, które podczas kilkudziesięciu ostatnich lat podlegały, często dramatycznym, zmianom.

Portret „małej ojczyzny” splata się w książce z opisem prywatnych losów Vicki Myron, bibliotekarki, która pewnego mroźnego poranka zdecydowała się przygarnąć ledwie żywe kocię. Dewey, nazwany tak na pamiątkę reformatora bibliotecznych systemów katalogowania, odwdzięczył się jej wielkim przywiązaniem.

Relacje Vicky Myron, często bardzo osobiste, stały się podstawą do wciągającej opowieści o kocie i ludziach, na których życie wpłynął.

Nasze wcielenie Deweya

Katalizatorem ludzkich emocji, zwierzakiem generującym dobrą energię, jak zapewniają ci, którzy się z nim zetknęli, jest także warszawski Rudolf. Kot – z wyglądu bardzo przypominający Deweya – od trzech lat przyciąga ludzi do księgarni przy ul. Bagatela 14.

Dziś okolicznych mieszkańców nie dziwią już rozemocjonowane grupki wystające przed księgarską witryną. Jeśli zbiera się tłumek i słychać radosne pokrzykiwania, z pewnością na wystawie wyleguje się Rudolf. A że przyjmuje przeróżne, malownicze pozy, nie dziwią też błyskające flesze japońskich turystów, których w drodze do Łazienek zatrzymał nieoczekiwany widok.

Rudolf jest związany z Bagatellą od początku. – Kiedy zaczęłam myśleć o założeniu księgarni właśnie w tym miejscu, natknęłam się na plakat książki „Cień Wiatru” Carlosa Ruiz Zafona. Widać na nim siedzącego na stercie antykwarycznych książek kocura. Trochę potarganego, chyba już nie najmłodszego, ale z plakatu bije tak niesamowita atmosfera – i ciepła, i lekko tajemnicza – że zapragnęłam, by w mojej księgarni zapanował podobny klimat – mówi właścicielka Ewa Orłowska.

Od początku wiedziała, że kot ma być rudy. Równie ważne były przymioty zwierzaka. Jak jednak rozpoznać, czy malutka kuleczka w przyszłości stanie się kocurem otwartym na ludzi, cierpliwym i przyjaznym?

Przypadek sprawił, że pani Ewa trafiła na zwierzęcego psychologa, m.in. przygotowującego koty do sesji reklamowych. Tą drogą dotarła do ludzi, którzy mieli sympatyczne rudzielce. I w ten sposób trzy lata temu, na początku września, do nowo otwartej księgarni trafił młody ognisty kociak. Rudolf. Rósł i zmieniał się razem z miejscem, które od początku przypadło mu do gustu.

Filozoficzne usposobienie

Orłowska podpisuje się pod wieloma spostrzeżeniami autorki książki o Deweyu. Rudolf też rzuca na ludzi czar. Niezależnie od wieku, charakteru czy samopoczucia gości.

– Ludzie przychodzą czasami zmęczeni, naburmuszeni, ale kiedy widzą kota, momentalnie zmienia im się wyraz twarzy. „Wychodzą” ze sztywnych garniturów i garsonek. Nikt nie może się oprzeć jego urokowi – zapewnia. Rudolf, jak każdy kot, czuje się panem na swoim terenie. Potrafi wymownie zademonstrować swoją wyższość np. spóźnionym o kilka minut pracownikom. – Masz swój czas na pieszczoty – zdaje się mówić, łasząc się do pierwszego klienta, który stanie w drzwiach.

Ma swoje ulubione miejsca, np. koszyk na ladzie. Kiedyś Rudolf mógł się w nim przeciągać, dziś – jak mówi pani Ewa – „wylewa się” jak rosnące drożdżowe ciasto. Nie rezygnuje jednak z legowiska. Z kolei zimą uwielbia wygrzewać się „na Hawajach”. To półka nad kaloryferem, przy której specjalnie dla niego ustawiono świecącą niczym południowe słońce lampkę. Od czasu, gdy właścicielka księgarni zauważyła, jak Rudolf reaguje na dziecięce wózki, i gdy parę razy zdarzyło mu się wyjechać z księgarni w umieszczonym pod gondolą koszu na zakupy, w kąciku małego czytelnika pojawił się też wózek dla lalek. Dzieciaki wożą nim kocura z wielkim oddaniem. Podobnie jak z pasją i ciekawością wędrują za rudzielcem po całej księgarni. Obserwują, z jaką gracją spaceruje po stołach i półkach wypełnionych książkami. Upodobał sobie dział z filozofią. Zalega, gdy szuka odrobiny prywatności. Półka nie jest zbyt wysoko, więc wdrapywanie się na nią nie wymaga dużego wysiłku, jednak na tyle wysoko, że jest poza zasięgiem wielu rąk.

Na ogół jednak Rudolf bez oporów poddaje się głaszczącym dłoniom. Wskakuje, jak książkowy Dewey, na kolana gościom przychodzącym na promocje książek. W środku spotkania potrafi przedefilować przed audytorium i ustawić się w świetle reflektorów. Jak zawodowy model z wprawą pozuje też do fotografii.

Pazury w sieci

Dziś trudno sobie wyobrazić Bagatellę bez Rudolfa. Wielu gości już od progu o niego pyta, więc kiedy właścicielka zabiera go na wakacje – letnie lub zimowe – na witrynie pojawia się kartka z informacją i odpowiednim rysunkiem – kocura na plaży lub na nartach. Rudolf stał się niemal znakiem firmowym księgarni. Króluje na stronie internetowej www.bagatella.pl, zaprasza dzieci na spotkania z książką, a wkrótce pojawi się na witrynie internetowego sklepu, który zacznie działać od września. Nazywać się będzie – jakżeby inaczej – „Książki Rudolfa”.

Życie Warszawy