r e k l a m a

Początki studenckiego życia nie takie łatwe

jkar 26-08-2008, ostatnia aktualizacja 26-08-2008 17:34

Casting na współspacza, walka o stypendium, o zniżkę na obiady. Przyjezdni studenci mają dwa razy bardziej pod górkę niż ci miejscowi, stołeczni.

Od radosnego wyczytania swojego nazwiska na liście szczęśliwych studentów do równie radosnego studiowania w stolicy droga zazwyczaj jest długa i bolesna.

Mało który student spoza Warszawy, jeszcze przed złożeniem papierów, rozważa wszystkie za i przeciw zdobywaniu wiedzy 200, czasem 300 kilometrów od rodzinnego domu. Bo podczas gdy jeszcze ten bliższy student w najgorszym razie zawsze może podjechać do rodziców na chwilowe podkarmienie, do cioci po tygodniową wałówkę i znajomego stomatologa z bolącym zębem, tak już ten dalszy od początku do końca musi radzić sobie sam. A przynajmniej od świąt Bożego Narodzenia do Wielkanocy. Bo tylko wtedy stać go na kupno biletu w rodzinne strony.

W większości dużych miast studenci mają podobne problemy ze znalezieniem lokum wygodnego i taniego. W Warszawie jednak problem ten jest jeszcze bardziej dotkliwy. Za wynajem miejsca w akademiku czy nędznego pokoiku z roku na rok trzeba zapłacić o kilkadziesiąt złotych więcej. Z przykładowego tysiąca złotych za dwupokojowe mieszkanie bliżej centrum czynsz wzrośnie o około 300 złotych. Nie ma studenta, dla którego taki dodatkowy wydatek nie oznaczałby dotkliwego uszczuplenia budżetu.

Nie trzeba nikomu wyjaśniać, ile i co można kupić za 300 złotych. Żeby maksymalnie obniżyć koszty wynajmu, większość studentów rozgląda się za mieszkaniem kilkupokojowym. Im więcej pomieszczeń, tym więcej osób może zamieszkać. Zdarza się, że w takim M4 gnieździ się sześciu czy siedmiu młodych ludzi. Śpią na piętrowych łóżkach, na materacach i polówkach.

Uczą się w łazience, na klatce schodowej lub na ławce w parku. Ale dzięki temu lokum kosztuje ich co najwyżej kilkaset złotych, w zależności od lokalizacji. Tylko wczesną jesienią student jeszcze marzy, żeby znaleźć jakiś kąt blisko uczelni. Żeby nie trzeba było codziennie tłuc się kilkadziesiąt minut środkami komunikacji miejskiej.

Życie Warszawy